piątek, 23 grudnia 2016

Bonus {Dziewczynka z zapałkami}

I

Nad miastem zapadał bury, mroźny wieczór wigilijny. Białe okruchy wirowały w powietrzu. Za oknami domów jaśniały świece i kominki, ale poza murami zalegały grube warstwy śniegu, a porywisty wiatr kąsał w policzki.
Lily poruszała się skutymi lodem ulicami niczym duch. Cały dzień zaczepiała przechodniów, proponując im kupno zapałek, ale niemal wszyscy zbywali ją machnięciem ręki lub przekleństwem. Mała, chuda dziewczynka w połatanym płaszczu równie dobrze mogła być dla nich niewidzialna.
Mówiłam, że tak będzie — myślała, kuląc się pod podmuchem lodowatego wiatru.
Ale pan Brown nie chciał o tym słyszeć. Dzisiejszego ranka wyszarpał Lily za ramię z jej przytulnego kącika w kuchni, wcisnął jej w dłonie kilka pudełek z zapałkami i wysłał na ulicę.
—  Nie wracaj, póki ich nie sprzedasz! — zagroził. — Musisz sobie zarobić na wigilijną kolację.
Lily jak zwykle zadrżała przed tą surową, nalaną twarzą o bujnych wąsach. Za mężem stała koścista pani Brown, mieszając łyżką w misce z kapustą. Ona również przypatrywała się swojej podopiecznej z obojętnością. 
Państwo Brown nie byli prawdziwymi rodzicami Lily. Dziewczynka zgadywała, że gdyby mieszkała z tymi prawdziwymi, oni nie biliby jej, nie krzyczeli za każdą drobnostkę i pozwalaliby jej jeść z nimi przy stole. Jednak nie miała okazji, by się o tym przekonać. Odkąd sięgała pamięcią, była sierotą. Rok temu przed Świętami przygarnęli ją Brownowie, ale nigdy nie traktowali jej jak córki. Była jedynie nową parą rąk do pomocy i kolejną gębą do wyżywienia, jak lubili jej przypominać. Czasem Lily chciała być ich szarym kotem, który całymi dniami wylegiwał się na zapiecku. O niego bardziej się troszczyli.
Teraz Lily w pośpiechu włożyła na siebie swój najcieplejszy, połatany płaszczyk i obwiązała szyję przydługim szalikiem.
— Ale… kto będzie chciał to ode mnie kupić? — wydukała.
— Nie pyskuj! — warknęła pani Brown. W świetle zimowego słońca jej cera była blada jak kość, a brodawka na policzku przypominała dojrzałą czereśnię. Pan Brown, który zawsze kojarzył się dziewczynce z zapijaczonym, osmolonym Świętym Mikołajem, wyszczerzył pozostałe na miejscu zęby w drwiącym uśmiechu.
— Czy to nie dzisiaj mamy noc cudów?
Lily nie uważała siebie za głupią smarkulę. Jako sierota nauczyła radzić sobie w ciężkich warunkach i grać na ludzkim współczuciu. Spacerując zaśnieżonymi ulicami miasta, zagadywała stare kobieciny i młode damy. Parę razy udało jej się nawet rozpłakać. Dzisiejszej nocy jednak nie chciano widzieć smutku. Wszyscy śpieszyli do domów, aby upiec ciasto, złożyć życzenia najbliższym i zapomnieć o troskach dnia codziennego. Lily była niewygodnym przypomnieniem tego, co zostawiono za drzwiami. Dlatego nikt nie kwapił się, aby ją wpuścić.
Wieczorne niebo było ciemne i bezgwiezdne, a do tego czasu dziewczynka sprzedała jedynie jedno pudełko. Włóczyła się smętnie pośród palących się świateł, zbyt zmarznięta, aby zapłakać. Wiedziała, że nie ma sensu wracać do domu. Pan Brown na pewno już sięgnął po kufel piwa, a po pijaku wymierzał znacznie silniejsze ciosy. Pani Brown nie będzie łaskawsza. Obydwoje nazwą ją nieudacznikiem i darmozjadem, którego trzeba ukarać.
Lily zatrzymała się przy rogu jednego z budynków i niemal bezwiednie opadła na kolana. Nie czuła już palców u nóg. Na przemian pociągała nosem i szczękała zębami. W jej jasnych, sztywnych włosach osiadały się płatki śniegu. Ruchem skostniałej ręki sięgnęła po jedno pudełko i wyjęła z niego zapałkę. Przyjrzała jej się. Chudy trzon i czerwona główka. Nienawidzę was. Zapałki spoczywały sobie bezpiecznie w pudełku, podczas gdy ona marzła, i naśmiewały się z niej cieniutkimi głosikami.
Lily odpaliła trzymane drewienko. Płomień był bardzo lichy, ale zatańczył tęsknie w dużych, znużonych oczach dziewczynki. Sierota miała wrażenie, że przez chwilę ujrzała w nim twarze rodziców. Było to tak jednak nikłe wydarzenie, że nie dałaby za nie nawet grosza. Zresztą prawda była taka, że kimkolwiek byli, nie chcieli mieć ze swoją córką nic wspólnego. Zostawili ją na pastwę świata albo umarli, nim zdążyła urosnąć. Samolubni głupcy. Sami odeszli, a jej kazali męczyć się z ludźmi pokroju państwa Brown.
Chwila jasności minęła i zapałka zgasła, stając się poczerniałym wrakiem.
Lily zapaliła następną.
W jego blasku ujrzała salę jadalną w sierocińcu. Stłoczone, głodne dzieciaki i stół, na którym stały te wszystkie obrzydliwe, rozmokłe, tłuste potrawy. Teraz Lily wiele by dała, aby wziąć do ust chociażby jeden ich kęs. W obliczu mrozu i zmęczenia, każdy posiłek przypominał ucztę.
Podmuch wiatru. Ciemność. Trzask wzniecanego płomyczka.
Teraz Lily widziała dom państwa Brownów. Nie stać ich było na choinkę, dlatego nad wejściem wisiały jedynie pojedyncze, świerkowe gałązki o smętnych igłach. Ogień w kominku trzeszczał niespokojnie, mącony silnym wiatrem z dworu. Pan Brown świętował noc narodzenia Dzieciątka, mocząc wąsy w trunku. Pani Brown głaskała śpiącego jej na chudych kolanach kocura.
— Nie ma tej głupiej — mruknęła zrzędliwie.
— Potraktuj to jako prezent.
Później obydwoje zarechotali jak ropuchy.
Zapałka zgasła. Lily skuliła się jeszcze bardziej pod ścianą i mrużąc oczy, odpaliła czwartą. Ta zdawała się płonąć jaśniej niż poprzednie. Dziewczyna przysunęła ją do policzka, aby poczuć jej ciepły pocałunek, gdy wtem usłyszała kroki.
— Wielkie nieba, zaraz zamarzniesz, dziewczynko!
To był mężczyzna w stroju robotnika. Ktoś równie niezauważalny jak mała sierota. Zapewne pracował w fabryce górującej nad dachami domów. Dzień w dzień, obok dziesiątek ubranych podobnie ludzi, by za liche pieniądze wiązać koniec z końcem. Na jego ciemnych, potarganych włosach spoczywała czapka. Dłonie chował w kieszeniach spranego płaszcza, policzki miał zaczerwienione z zimna.   
— Chce pan kupić zapałki? — zachrypiała Lily, zmuszając skostniałe dłonie do sięgnięcia po nieużywane pudełko. — Proszę. Nie mogę wrócić do domu, jeśli ich nie sprzedam.
Mężczyzna spoglądał na nią przez chwilę. Nie był jeszcze stary, mógł mieć jakieś trzydzieści lat, choć w jego twarzy żłobiło się kilka wyraźnych zmarszczek. Jego oczy były duże, współczujące i ciemne jak węgle. 
— Rodzice ci tak kazali?
— Ja… nie mam rodziców. — Pociągnęła nosem. — Ale pan Brown przetrzepie mi skórę, jeśli wrócę bez pieniędzy.
— Nie musisz więc do niego wracać. Chodź do mnie.
Lily spojrzała na niego nieufnie spod ośnieżonych rzęs.
— Do pana?
— Tak. Żyję skromnie, ale dziś mam co włożyć do garnka. W taką noc nie powinnaś marznąć na dworze.
— Dlaczego chce mi pan pomóc?
Dziewczynka nauczyła się już, że nikt nie jest dla niej miły bezinteresownie. Mężczyzna jednak uśmiechnął się delikatnie i był to najłagodniejszy uśmiech, jaki widziała.
— Wierzę w magię Świąt.
Wyciągnął ku niej rękę. Lily pokonała odrętwienie i przyjęła ją, wstając.
— Jak ci na imię? — zapytał przyjaźnie dobrodziej.
— Lily.
— Ja jestem Peter. Chodź za mną. To niedaleko. Zdążymy, zanim ponownie zacznie śnieżyć.
Lily podążyła za nim ochoczo, dochodząc do wniosku, że tak właśnie musi wyglądać elf, pomocnik Świętego Mikołaja. Może zapaliła te wszystkie zapałki, myśląc życzenia, a oto jedno z nich się spełniło. Ulice miasta były już niemal puste. Wszyscy świętowali w swoich domach. Nad ośnieżonymi dachami unosiło się echo kolęd.
Przeszli obok zasypanej bryczki i wysokiej latarni, a potem Peter skręcił w dróżkę pomiędzy dwoma budynkami z szarej cegły. Światło latarni prawie tutaj nie docierało, dlatego Lily poczuła się nieco nieswojo. Przewodnik jednak machnął uspokajająco ręką.
— Może nie wygląda tu przyjaźnie, ale zaraz przynajmniej będzie ciepło.  
Zbliżali się do wąskich drzwiczek w ścianie.
— Mieszka pan sam? — zagadnęła dziewczynka.
— Owszem. Moja żona... i córka... ech, stare, smutne dzieje. Chyba rozumiesz, dlaczego wieczorami tęsknię za czyimś ciepłem? — Peter obrócił się i jednym ruchem przyciągnął do siebie Lily. Sierota pisnęła i zdezorientowana zaczęła okładać go piąstkami.
— Puszczaj! Puszczaj!
— No i dokąd to chcesz pójść, Lily? — Jego ciepły, podniecony oddech owiał jej twarz. — Do kochającej matki, czułego ojca? Tylko ja się tobą zajmę.
Nie przejmował się jej szamotaniną. Był znacznie silniejszy i bez trudu utrzymywał ją w swoich objęciach. Zdesperowana dziewczynka zatopiła zęby w jego ramieniu. Mężczyzna syknął i odepchnął ją od siebie. Lily wylądowała na śniegu. Szalik prawie zsunął jej się z ramion. Peter rozmasował sobie obolałe miejsce, wpatrując się w ofiarę płonącymi oczami.
— Niegrzeczna smarkula — warknął i rzucił się w jej stronę. Dziewczynka próbowała odczołgać się na bok, ale napastnik naparł na nią całym ciałem. Lily usłyszała trzask własnej kości. W ustach miała grudę śniegu i krwi z nadgryzionej wargi. Wypluła ją i zaczęła krzyczeć, ale nikt jej nie słyszał. Wszyscy siedzieli w swoich domach, śpiewając kolędy i dzieląc się opłatkami. Przesmyk pomiędzy budynkami zamykał się niczym gardziel potwora.
Peter obrócił dziewczynę ku sobie.
— Zostań ze mną, mała Lily, zostań…
Z jego ust toczyła się ślina, zupełnie jak u głodnego psa.
Całe życie Lily przeleciało jej przed oczami jak stado uciekających ptaków. Płomień niewidzialnej świecy zafalował niebezpiecznie. Świat skurczył się do spoconego ciała Petera, jego dłoni, oddechu, obrzydzenia i strachu. 
Mężczyzna rozpiął jej płaszcz i zadarł w górę spódnicę, cały czas przyciskając ofiarę do ziemi. Blade, chude nogi wierzgały, kiedy je rozchylał. Błękitne oczy rozwarły się w przerażeniu. Kiedy Peter dobrał się do zastygłej dziewczynki, z kieszeni jej płaszcza wypadło na śnieg otwarte pudełko zapałek.
Lily nie miała pamiętać już więcej z tej nocy. 
Rankiem pod murem znaleziono jej półnagie, zamarznięte ciało, przykryte cienką warstwą śniegu jak całunem. Obok niej leżały rozsypane zapałki.

II

W Wigilię Bożego Narodzenia właściciel fabryki pozwolił im skończyć o godzinę wcześniej. Wszyscy pracownicy przyjęli ten gest z uśmiechem i wdzięcznością. Mogli wcześniej wrócić do swoich rodzin i pomóc w przygotowaniu wieczerzy. Przez fabrykę przelatywały słowa ich pozdrowień. Peter tylko wzruszył ramionami, odchodząc od swojego stanowiska i zostawiając roboczy kitel.
Nie miał do kogo wracać. Jego świętej pamięci rodzice od dawna spoczywali w trumnie, a młoda, słabowita żona umarła przy porodzie, dając mu w zamian martwą dziewczynkę. Teraz w domu czekała na niego tylko cisza i niepozmywane naczynia. I wspomnienia.
Niebo miało już ciężką barwę atramentu, a po bokach ulic zalegał brudnoszary, odgarnięty puch. Tej zimy nie było takich opadów śniegu jak rok temu, ale mróz pozostał. Peter trzymał dłonie w kieszeniach spranego płaszcza. Szedł powoli, niespiesznie. Pamiętał, że rok temu w Wigilię przemierzał tę samą trasę od fabryki do domu. Wówczas natknął się na nią. Siedziała skulona i zziębnięta, bawiąc się tańczącym płomyczkiem.
Dziewczynka z zapałkami.
Ile mogła mieć lat? Dziewięć, dziesięć? Jego córka, gdyby przeżyła, byłaby w podobnym wieku. Być może dlatego Peter zatrzymał się i zaoferował jej pomoc. „Chodź do mnie. W taką noc nie powinnaś marznąć na dworze”. Na początku Lily była nieufna. Życie, jakie wiodła, na pewno nauczyło ją podejrzliwości w stosunku do ludzi. Ostatecznie jednak się zgodziła. Trzymana zapałka zgasła, ale w jej oczach pojawił się płomyczek nadziei. Jak dziecko, które wreszcie otrzymało prezent od Świętego Mikołaja. Sierota była mała i chuda, ale jej policzki oblewał słodki rumieniec, a spoglądające zza ośnieżonych rzęs oczy miała duże, ładne i niewinne. 
Peter prowadził ją pod rękę, niczym swoją córkę, której los mu odmówił. Minęli zasypaną bryczkę i wysoką latarnię, aż w końcu dotarli do przejścia między budynkami z szarej cegły. Wówczas tęsknota stała się zbyt wielka. Peter przyciągnął do siebie dziewczynkę, tak bardzo nie chcąc być samotnym. Nie rozumiał, dlaczego się rzucała. Czy nie widziała, że mogli sobie pomóc? Ogarnęła go ślepa złość. Przecież był dla niej dobry. Dlaczego odwdzięczała mu się ugryzieniem, krzykiem i buntem? Dlaczego chciała go opuścić? Była jego córką i powinna zachowywać się grzeczniej. Była jego żoną i miał prawo do jej ciała. Była…
Nie pamiętał momentu, w którym zgasło w niej życie. Wiedział jedynie tyle, że gdy się odsunął, leżała martwa i zimna w śniegu. Zostawił ją tam. Ulice były puste. Nikt nie zauważył. Nikt nie będzie wiedział. Nikt się nie domyśli.
Tego wieczora Peter wrócił od razu do domu. Była to mała, przesiąknięta zapachem wilgoci izba z wąskim oknem na śmietnisko. Kupili ją razem z żoną tuż po ślubie, licząc, że po jakimś czasie zarobią więcej i będą mogli przenieść się do większego mieszkania. A jednak lekarstwa dla Marii sporo kosztowały. Od początku źle znosiła ciążę. Była wątła i słaba, o rękach jak białe patyki. Ale Peter ją pocieszał. Nie pozwalał, aby zadręczała się ponurymi myślami i zapewniał ją, że jest silna, że przetrwa poród i usłyszy, jak ich dziecko nazwie ją po raz pierwszy mamą. Kochał ją jak głupiec, a gdy umarła na jego oczach, stał się innym człowiekiem. Skorupą, która chodzi, oddycha i je, ale w środku ma wypalony knot.
Teraz mężczyzna nie obchodził Świąt Bożego Narodzenia. Nie wierzył w cuda. Świat był złym miejscem, a jeśli Bóg istniał, już dawno odwrócił od niego wzrok.
Peter ściągnął buty i omiótł wzrokiem zacienione pomieszczenie. Niezaścielone łóżko, brudne naczynia wychodzące ze zlewu i niedopalony ogarek po świecy. Dawno nikt nie zajmował się tym mieszkaniem. Teraz wszystko wyglądało ponuro. Przydałoby się tutaj trochę światła. Mężczyzna zaczął szukać po szufladach, ale nie potrafił znaleźć głupiego pudełka zapałek.
— Szlag! Kurwa!
Z nieznanych przyczyn trawiła go irytacja. Coraz głośniej przekopywał szuflady, miotając się po izbie jak wściekły pies. Był pewien, że miał jeszcze jedno pudełko zapałek, kładł je gdzieś tutaj, gdzieś…
Podmuch. Za plecami Petera zatańczyło światło. Ktoś zapalił świecę na stoliku.
Peter obrócił się zdumiony. Świeca płonęła jasno, płacząc świeżym woskiem. Jej blask odbił się w ciemnych oczach mężczyzny.
— Kto tutaj jest?
Ten sam dźwięk i oto pozostawiony na parapecie ogarek również się zapalił. Mężczyznę przeszedł dreszcz. Zacisnął pięści.
— Co to za sztuczki? Pokaż się!
Jak za podmuchem wiatru oba płomyki zgasły. Peter pozostał w zimnej ciemności. Czuł jednak, że nie jest sam. Zdawało mu się, że w ciszy słyszy dwa oddechy.
— Maria? 
Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego teraz przywołał jej imię. Była noc Bożego Narodzenia, a on pomyślał o zmarłej przed laty żonie, którą sam pochował na cmentarzu za miastem. Może chciałby ją jeszcze raz zobaczyć. Jeszcze raz ujrzeć jej uśmiech.
Ale to nie była ona.
Świeca znów zapłonęła. W jej blasku ukazała się trupioblada twarz dziewczynki o sinych ustach. Jasne włosy miała sztywne od śniegu i krwi. W dużych, podkrążonych oczach zastygło jedno uczucie. Oskarżenie. 
Peter nie mógł uwierzyć, ale to była ona.
— Lily — wyszeptał drżąco.
Dziewczynka zacisnęła zimne, skostniałe palce na jego ramieniu. Jej sine wargi ułożyły się w uśmiech. Była teraz piękna w taki sposób, w jaki za życia nie było jej dane być.
Ciała Petera Johnsa nigdy nie odnaleziono. Pozostała po nim jedynie kałuża lodowatej wody i zwęglony knot świecy. A nieszczęśliwy duch zeszłorocznej Wigilii wreszcie odzyskał spokój.

*

Pomysł na tę historię przyszedł spontanicznie, ale był zbyt intrygujący, aby go nie wykorzystać. Mam nadzieję, że taka mroczniejsza wersja andersenowskiej baśni, która w oryginale była smutna i ciepła, was nie oburzy. Wykorzystałam tutaj typowy motyw zbrodni i kary. 
Moja historia może nie do końca wprowadza w świąteczny nastrój, a zatem teraz dodam, że chciałabym życzyć wszystkim czytelnikom spokojnych, wesołych Świąt, wymarzonych prezentów oraz dużo weny! :* 
P.S.
Nowy rozdział Pięknej i Bestii pojawi się tuż po Świętach.
Zapraszam.   

środa, 7 września 2016

Kochani, zapraszam was serdecznie na moją odsłonę baśni "Piękna i Bestia". 

czwartek, 7 lipca 2016

Epilog

Raul klęczał na stopniach sali tronowej, a z jego ramion ku ziemi opadał granatowy płaszcz. Najwyższy duchowny nakładał młodzieńcowi na głowę srebrną koronę — wysadzoną pośrodku lśniącym, niby oko wiekowego mędrca, szafirem. Syn Bukowego Dworu czuł na skroniach jej ciężar.
Nie jestem już synem Bukowego Dworu — uprzytomnił sobie w duchu. Jestem teraz ojcem Zielonych Krain. Ta myśl sprawiła, że poczuł się staro.
— Niech żyje król! — zawołał uroczyście duchowny w białej szacie, a zgromadzony w bogatej sali tłum podjął ten radosny okrzyk, czyniąc go werbalną falą unoszącą się nad głowami zebranych.
Raul podniósł się dumnie i obrócił twarz ku swoim poddanym. Był pewien, że wygląda teraz wspanialej i starzej niż jeszcze dnia wczorajszego. Ludzie spoglądali na niego z płomykami nadziei i radości, choć on sam nie potrafił pozbyć się myśli, że teraz u jego boku powinna stać ciemnowłosa dziewczyna — prawdziwa królewska krew. Co powiedziała Nyn? „Jestem pewna, że Śnieżka chciałaby, byś zajął jej miejsce’’. Młodzieniec mógł mieć tylko nadzieję, że to prawda.
Gdy oklaski i fala okrzyków zamilkły, świeżo upieczony król usadowił się godnie na tronie. Widział stąd swoją matkę, lady Alenę — tłustą, jasnowłosą damę o wypudrowanej twarzy, na której teraz malowało się coś na kształt dumy. Jej mąż, lord Robert o brązowych włosach przeciętych siwizną, uśmiechał się do syna od ucha do ucha. Nowy władca widział też swojego młodszego braciszka Lawina, który rozpościerał oczy z zachwytu.
Raul uniósł wyżej brodę, a jego usta rozciągnęły się w śmiałym uśmiechu. Obiecał sobie, że dołoży wszelkich starań, by nie zawieść swojego nowego królestwa.  


Wzgórze Żałoby jak zwykle osnuwała cisza. Stojący nad grobowcem Raul i Nyn milczeli i tylko wiatr odważył się szumieć w wysuwających się spod warstwy śniegu kłosach traw.
Marmurowa Śnieżka wyglądała podobnie do swojego leżącego pierwowzoru, choć jej włosy musiały być białe, a nie hebanowe. Rysy jej twarzy jednak rzeźbiarz oddał niezwykle wiernie i Raul mógł mieć wrażenie, że spogląda w prawdziwe oczy królewny. Królewny, która usnęła na wieki. To napełniało go smutnym pocieszeniem. 
Nyn powoli złożyła pod grobem wiązkę białych i czerwonych róż, za wszelką cenę starając się nie pociągać nosem. Wierna przyjaciółka. Wciąż jeszcze nosi żałobę. Raul oderwał na chwilę wzrok od kamiennej bliźniaczki Śnieżki i spoglądnął na jasne włosy kucharki, tańczące na wietrze jak niesforne płomyczki. Odkąd został królem, rzadko mu było dane rozmawiać ze swoją nietypową przyjaciółką. Ich światy były jak dwie odległe gwiazdy, dlatego spotykali się głównie tylko na tym wzgórzu usianym grobowcami królów i królowych, by w ciszy powspominać zgasłe już dzieje.  
 — Znalazłem tę komnatę — wyznał w końcu szeptem. Dziewczyna spojrzała na niego wielkimi oczami, pragnąc wiedzieć więcej. — Było w niej to, o czym Śnieżka mówiła. Zwoje z recepturami, magiczne mikstury i… serca.
Magia, której nigdy nie pojmiemy. 
— Czy one jeszcze biły? — Tylko tutaj mogli rozmawiać swobodnie oraz zwracać się do siebie bez tytułów i poczucia nieprzyzwoitości. Raul postanowił jednak oszczędzić jej szczegółów co do liczby słoi i że w jednym z nich gniło serce podpisane imieniem samego króla.  
— Nie. Zapewne zastygły wraz ze śmiercią kobiety, która rzuciła na nie czar. Jutro podłożymy ogień pod tę komnatę. Nie chcę, by jeszcze coś czarnomagicznego pozostało w moim zamku.
Nyn skinęła głową z lekkim uśmiechem i już nic więcej nie powiedziała, z zadumą patrząc na marmurową królewnę. Raul wiedział, że po południu musi udać się na spotkanie rady królewskiej w sprawie strat, jakie przyniosła ostatnia zamieć, postanowił jednak zostać z dziewczyną jeszcze chwilę. Wiatr, przeczesujący ich włosy, przypominał chłodne, delikatne ręce.


Na nieco niższych terenach, wśród łąk znajdujących się za hałaśliwym miastem i budzących się spod białej kołdry, leżał inny grób. Bezimienny, zapomniany, odznaczony jedynie niewielkim, drewnianym krzyżem.
Odwiedzał go tylko pewien drozd.
Siadał na ramieniu krucyfiksu i wpatrywał się bystrymi, smutnymi oczkami w ubitą ziemię, która przykryła ciało jego przyjaciela — czasem trwał tak nieruchomo, że mógłby zostać wzięty za drewniany posąg. Czasami przynosił też w drobnych szponach wiązkę dzikich jagód — pamiętał, że karzeł je lubił.
Po jakimś czasie drozda dotknęła starość. Jego brązowe pióra zbledły, a ciało opuściły siły. Już nie wybierał się na długie, podniebne wędrówki, a częściej po prostu siedział przy mogile utraconego przyjaciela, ziębiony przez poranną mgłę i deszcze.
W końcu umarł i on.



Oddech zimy zamarł. Śniegi stopniały na dobre, drzewa w Puszczy Zapomnienia wypuściły zieloniutkie pąki, a krople deszczu zaczęły spływać po kamieniach zamku niczym uciekające łzy.
Śnieżka zawsze kochała zimę, a teraz dobiegała ona kresu. Wraz z nią odeszło ponure widmo tragicznej śmierci królewny, a w sercach ludu Zielonych Krain wykwitła nowa nadzieja. Raul z Bukowego Dworu okazał się zdecydowanym i wspaniałomyślnym królem. Pod jego panowaniem wypleniła się ilość rabusiów i złodziei, wzrosła tolerancja wobec ludzi dotkniętych chorobami i zdeformowaniem, a także poszerzyło się zamiłowanie do turniejów rycerskich, które cieszyły oko władcy do najstarszych lat. Nyn Słoneczko zaś usługiwała mu przy stole tak długo, póki nie opuściły jej siły. Między nią a królem do końca kwitła gorąca przyjaźń. Piaski czasu sypały się dalej, słońce wschodziło i zachodziło, ludzie rodzili się i umierali.  

I tylko spisane na pergaminie historii słowa nadal szepczą baśń o królewnie Śnieżce i losach ludzi, którzy żyli wraz z nią.
Karty czasu
    przewracają się
          nieustannie…

Gdzieś tam królowa Anna leży w potach w łożu, rodząc na świat dziecko, a za oknem wzniecają się do tańca pierwsze płatki śniegu.
Gdzieś tam Królowa Kier wrzeszczy „ściąć im głowy’’, a jej rudowłosa córka pielęgnuje świeżo posadzone róże.
Gdzieś tam Forwin z Gąsienicowych Pól nosi dumną zbroję rycerza i tuli w objęciach Różę, dziewczynę od flamingów.
Gdzieś tam Gburek i Wesołek ramię w ramię występują przed drwiącą publicznością.
Gdzieś tam król Filip odnajduje szczęście po stracie żony, a mała królewna Śnieżka prawdziwą matkę.
Gdzieś tam uśmiechnięta Roszpunka zrzuca na dół swój złoty warkocz, a czarujący grajek imieniem Flynn wspina się po nim na szczyt wieży.
Gdzieś tam do tonącej w bagnach królewny wyciąga rękę karzeł.
Gdzieś tam siedzący w celi szlachcic widzi najjaśniejszą z niewiast.
Gdzieś tam krążą szukające się dusze.


Baśniowa pozytywka wciąż gra.



I tak oto kochani żegnamy się z historią Śnieżki. Opowiadanie to powstało w mojej głowie ponad dwa lata temu; pół roku zajęło mi jego spisanie, natomiast publikacja i nieustanne poprawki prawie dwa lata. W tym czasie zmieniło się nieco moje pióro i podejście do pomysłu, natomiast jestem szczęśliwa, że mogłam to dokończyć. To jednak jest taka historia, której nie zapomnę. Pewien fenomen, przełom w mojej pisarskiej działalności, który sprowadził mnie na nową drogę i możliwości. Rubinowa Łza to dla mnie początek przygody z baśniami i łamaniem schematów. Ogromną radość sprawiło mi także stworzenie nietypowego bohatera w postaci karła. Sama postać Śnieżki była w pewnym sensie wykpieniem wyobrażenia o królewnie - naiwna, kapryśna i wrażliwa. Mam nadzieję, że pod koniec udało mi się z niej uczynić kogoś bardziej znośnego :P Ja osobiście mam do niej sentyment.  

W tym miejscu chciałabym także podziękować moim czytelnikom. Niektórzy byli ze mną jedynie przez jakiś czas, inni pozostali wiernie do samego końca, ale wszyscy w pewien sposób mnie motywowaliście. Kochane Sweetness, Monico Margaret Serafin, Alutko, Dusiu i Julio Zając, dziękuję Wam za wytrwałość ^^ To cudowne wiedzieć, że pod następnym postem pojawi się wasz komentarz. Dziękuję także Necco, Jaenelle, Elfabie, Donnie Webner, Serenie, Anayannie, Kryształowemu Aniołowi, Shy i Ress, które też śledziły tę historię :) Każde wasze miłe słowo to dla mnie miód na serce. 

Teraz nasuwa się pytanie: co dalej? Miałam ambitne plany związane z następnymi baśniami. Niestety, niektóre z nich poległy, inne są dopiero w przygotowaniu. Nie znaczy to jednak, że skończyłam z baśniowym światem. Niebawem opublikuję tutaj "próbkę" jednej z historii. Jeśli ktoś będzie nią zainteresowany, chętnie podzielę się z wami całością(prawdopodobnie na nowym blogu). Do tego czasu trzymajcie się ciepło! Życzę wam miłych wakacji i jeszcze raz dziękuję za wszystko <3


Zapraszam jeszcze na moją stronę na Facebooku 

Na pożegnanie wideo ze Śnieżką i Gburkiem mojego autorstwa ^^




Obserwatorzy